Dlaczego nauczyłam się odpuszczać. O sztuce, macierzyństwie i pułapce porównań.

Bycie artystką i dzielenie się swoją twórczością przypomina mi trochę bycie mamą. Dlaczego? Odkąd na świecie pojawiła się moja córka, musiałam się wielu rzeczy nauczyć na nowo, a jeszcze więcej – przepracować głęboko w sobie. Przede wszystkim: musiałam nauczyć się zupełnie inaczej patrzeć na świat.

Będąc świeżo upieczoną mamą, byłam święcie przekonana, że moja mała J. jest najpiękniejsza, najlepsza we wszystkim i po prostu „naj”. Wymagałam, by otoczenie myślało dokładnie tak samo. Uważałam, że mój sposób na macierzyństwo to jedyny słuszny wybór – w końcu u mnie tak świetnie się sprawdzał! Chciałam całemu światu udowodnić, że moja dziewczynka jest absolutnie wyjątkowa, nieustannie porównywałam i z dumą stwierdzałam: „wygrywamy”. Tylko że to wcale nie było zdrowe.

img 5580

Co więcej, mimo tego ciągłego utwierdzania samej siebie, że w tym wyimaginowanym wyścigu na rozwój zajmuję pierwsze miejsce, wcale nie czułam się szczęśliwa. Zaczęłam się zastanawiać, z czego to właściwie wynika. Rozłożyłam to na czynniki pierwsze. Zrozumiałam, że desperacko szukałam zewnętrznego potwierdzenia. Czekałam, aż ktoś z boku poklepie mnie po ramieniu i powie: „Zuza, robisz świetną robotę, Twoja córka wspaniale się rozwija”.

Paradoks polegał na tym, że nawet kiedy słyszałam te słowa – a mój mąż mówi mi to niemal codziennie – zupełnie tego nie czułam. Gdzieś w głębi duszy wciąż uważałam się za niewystarczającą. Dotarło do mnie, że żadne, nawet najszczersze komplementy z zewnątrz nie zadziałają, dopóki ja sama nie dam sobie do nich prawa.

Dlatego stopniowo zaczęłam wdrażać zmiany w swoim sposobie myślenia. Uczyłam się, jak czerpać wewnętrzną radość i satysfakcję, nie czekając biernie na cudzy aplauz.

Zrozumiałam, że dokładnie tak samo jest z moją twórczością. Porównywanie się z innymi to ślepa uliczka, która nigdy nie prowadzi do dobrych wniosków. Prawda jest taka, że zawsze – bez wyjątku – znajdzie się ktoś, kto będzie obiektywnie „lepszy”, ktoś, kto osiągnął więcej, ale też ktoś, komu wychodzi coś gorzej. Ściganie się z cudzymi osiągnięciami czy stylem to pułapka. Myślę, że kiedy tworzymy tylko dla poklasku, nigdy nie poczujemy się wystarczająco dobre jako artystki.

Rick Rubin w książce Akt twórczy ujął to w prostych, ale jakże uwalniających słowach:

„Tworzenie sztuki nie jest aktem rywalizacji. Nasze dzieło reprezentuje nas samych.”

Co mi pomogło? Świadome odcięcie się, a przynajmniej mocne ograniczenie kontaktów z ludźmi, którzy nieustannie wszystko oceniają i zestawiają ze sobą w ten negatywny sposób, z którego nie wychodzi nic dobrego było moim pierwszym krokiem. Zamiast rozglądać się na boki, zaczęłam patrzeć w głąb. Nauczyłam się doceniać małe rzeczy. Ten krótki, spokojny, wieczorny czas z ołówkiem w dłoni, wyciszenie, każdy nowy, dopracowany detal w moich ilustracjach dawały o wiele więcej radości.

Wprowadziłam też drobną, ale dla mnie potężną zmianę. Być może Ty również masz ogromną tendencję do zaniżania wartości tego, co robisz i ciągłego poczucia, że znowu „zrobiłaś za mało”. Dlatego każdego wieczoru robię w myślach szybkie podsumowanie. Nie zawsze mam czas i siłę, by pisać to w notesie, ale cicho mówię do siebie: „Na te warunki i na te siły, które dzisiaj miałam, zrobiłam naprawdę wiele. Dziękuję sobie”. Ten jeden mały gest uczy niesamowitej łagodności dla samej siebie.

Ta łagodność płynnie łączy się z czymś, co długo sprawiało mi gigantyczną trudność z odpuszczaniem. Jako mama ciągle uczę się priorytetyzacji zadań i realnego oceniania tego, co faktycznie dam radę zrobić. Analizuję, co mogę totalnie odpuścić. Kiedy na przykład planuję wieczór pracy nad stroną internetową, a moja córka nagle dostaje gorączki, już się nie spinam. Zamiast frustrować się, że koniecznie muszę dokończyć zaplanowane zadania, wybieram to, co jest w ogóle możliwe do zrobienia z wtulonym we mnie maluchem. Odpuszczam pracę z WordPressem, a w zamian na telefonie tworzę listę tematów na nowe posty. Elastyczność zamiast sztywnego gorsetu oczekiwań zdejmuje ogromny ciężar z barków.

Największym potwierdzeniem, że to moje podejście działa, jest to, co słyszę od mojego męża. Jesteśmy w związku łącznie 18 lat (10 lat przed ślubem, 8 lat po ślubie), a zaczęliśmy się spotykać, gdy miałam 17 lat. Oznacza to, że spędziłam u boku tego niesamowitego człowieka większość mojego życia. Jesteśmy razem dłużej, niż żyłam bez niego. Przeszedł ze mną przez najróżniejsze etapy dorastania, kryzysów oraz sukcesów, a teraz mówi, że nigdy nie widział mnie szczęśliwszej i bardziej spełnionej. Zna mnie na wylot, widział każdą moją wersję, więc mu wierzę. Co jednak ważniejsze wiem, co sama czuję. Odzyskałam wolność, bo skupiam się wyłącznie na własnej drodze.

Dzisiaj wiem, że na mojej twórczej drodze jest miejsce tylko na jedno porównanie. Zestawiam to, kim jestem i co tworzę dzisiaj, z tym, kim byłam rok czy dwa lata temu. Kiedy patrzę na swoje dawne prace, widzę każdą przepracowaną godzinę i każdy mały krok, który doprowadził mnie do tego miejsca. To jest jedyna miara, której ufam.

Życzę Ci z całego serca, żebyś uwolniła się od patrzenia na innych i odłożyła na bok te niepotrzebne miarki. Spróbuj odpuścić i docenić własny proces. Twój rozwój to nie zawody, to Twoja unikalna historia. A jeśli masz dziecko zaufaj, że dokładnie tak samo jest z Twoim maluchem jego rozwój to nie wyścig z innymi dziećmi, ale wspaniała podróż w jego własnym, naturalnym tempie.

A jak to wygląda u Ciebie? Dajesz sobie czasem prawo do zrobienia mniej, czy wewnętrzny głos wciąż podpowiada, że powinnaś więcej?